Gościnnie

(Mieć) Czas na bycie mamą…

Matka byłaby zdolna wymyślić szczęście, aby je dać swoim dzieciom (Madeleine Delbrer)Autorka: Laura Ogrodowczyk – vlogerka i blogerka urodowo-lifestylowa, autorka bloga i kanału You Tube o nazwie RockGlamPrincess oraz FanPage’a dla kobiet o nazwie Siostry Glam. W roku 2013 wg rankingu MediaFun uznana za 1 z 10 najlepszych vlogerek polskojęzycznych na świecie.Czy kiedykolwiek zauważyłyście, że w Polsce Dzień Matki jest zaledwie kilka dni przed Dniem Dziecka? W sumie to rozsądne, gdyż bez mam nie było by dzieci. Choć z drugiej strony ten tok myślenia przypomina mi dylemat jajka i kury, więc można by filozoficznie polemizować do rana. Nie wyobrażam sobie aby nie przyjechać do domu rodzinnego na Dzień Matki. Ja i moje rodzeństwo jesteśmy już na tym etapie, że nie mieszkamy z rodzicami. Ja jestem w Warszawie, siostra w Szczytnie, najmłodszy brat co prawda w Olsztynie, ale i on już “wyfrunął z gniazda”. W tym roku przyjechałam pociągiem specjalnie dla mamy. Po południu ruszyłam na olsztyńską starówkę, aby kupić mamie bukiet róż, spotkałam się w połowie drogi z moim bratem. Stoimy i wybieramy kwiaty, najbardziej podobały nam się takie białe róże, ale było ich zaledwie 20 szt., a chcieliśmy kupić dwa razy tyle. Pytam się więc czy nie ma Pani więcej tych białych, bo takie bym chciała, a nie chcę kupować czerwonych. Pani mówi, że to ostatnie i nie ma więcej. Po czym słyszę głos za plecami: Ja mam więcej – odwracam się, a tam moja siostra, która też dopiero co przyjechała ze Szczytna, i która w dłoniach trzymała dokładnie te same białe róże, które kupiła zaledwie 2 min przede mną. Trójka rodzeństwa przy straganie z kwiatami w Dzień Matki… czy to przypadek? Można by powiedzieć, że to kwestia wychowania. No dobrze, ale jak to właściwie zrobić, aby wychować trójkę dzieci w podobnym wieku, tak by za 25 lat móc zasiąść z nimi do wspólnej kolacji niespodzianki, wypić szampana, dostać bukiet kwiatów i po prostu odetchnąć z ulgą, że cały trud nie poszedł na marne?Kwestia macierzyństwa nabrała nowego znaczenia w dobie XXI wieku. Tak bardzo kobiety walczyły o równouprawnienie, o jeansy, o możliwość realizacji zawodowej, że w pewien sposób świadomie odłożyły zakładanie rodziny. Dziś mam 28 lat i muszę przyznać, że moi rodzice w tym wieku mieli już swoje mieszkanie i całą naszą trójkę, dzięki czemu po 25 latach moi rodzice nadal są młodzi, a my traktujemy ich jak przyjaciół. A ja? Spędziłam kilka lat za granicą, zarabiałam pieniądze, uczyłam się języka, teraz dopiero nabrałam ochoty na studia i kto wie jak to się jeszcze dalej potoczy. Wydaje mi się, że tyle mam jeszcze w życiu do zrobienia, że się jeszcze “nie nażyłam”. Z drugiej strony, parzę w lustro, widzę jak zbliża się trzydziestka i nie! Nie podoba mi się, to że moje pokolenie mniej lub bardziej świadomie przesunęło próg zakładania rodziny po to by sobie “pożyć”, że związki rozpadają się, bo zamiast naprawiać, nauczyliśmy się wymieniać. Moi dziadkowie w najbliższą niedzielę obchodzą 60 rocznicę ślubu. Historia mówi, że widzieli się tylko 2 razy, z czego drugi raz już był w kościele w dniu ślubu. Mój brat zapytał ostatnio, jak to możliwe, że spędzili ze sobą tyle lat i się nie rozstali, na co dziadek odpowiedział: Nie braliśmy tego w ogóle pod uwagę…Tylko czy aby na pewno jestem gotowa na zakładanie rodziny? Czy moja generacja – pokolenie ‘86 nie zaszczepiła we mnie swego rodzaju nieudolności na tym gruncie? Kilka dni temu miałam okazję opiekować się półtoraroczną córeczką mojej kuzynki. Jesteśmy bardzo zżyte i uwielbiamy spędzać razem czas. Wstałam tego dnia wcześniej aby móc popracować, niestety Ninka obudziła się już godzinę później i trzeba było do niej iść. Poprzytulałyśmy się w łóżku, przyszła pora na przebranie pieluszki i ubranie się. Poszło nam sprawnie. Niestety, albo z miłości albo ze strachu, że jej mamy nie ma w pobliżu Nina nie schodziła mi z rąk, więc “wspólnie” ugotowałyśmy kaszkę, zjadłyśmy, obejrzałyśmy bajeczkę. Potem pobawiłyśmy się, a to w rysowanie, a to plasteliną. Przyszedł czas na zakupy, trzeba było rozłożyć to na dwie chwile, bo z jedną ręką wiele nie dźwignę. Nina szła wprawdzie na własnych nogach, ale trzymała mnie za rączkę i od czasu do czasu wyrywała się goniąc gołębie. Potem plac zabaw, piaskownica, interakcje z innymi dziećmi, które jak zwykle miały mi tysiące spraw do opowiedzenia (chyba mam zawód psychologa wyryty na czole). Potem wróciłyśmy do domu i utuliłam ją na drzemkę. Dopiero miałam czas by ugotować obiad dla gości, którzy mieli zjawić się niebawem. Potem karmienie, zmywanie, sprzątanie, edytowanie filmiku na You Tube z dzieckiem na kolanach, działka i koniec w okolicach 22:00 – szczerze? Zmęczyłam się bardziej niż po 12 godzinach w korporacji. Muszę przyznać, że to była istna harówka, a na koniec dnia i tak napisałam do mojej kuzynki, że tak naprawdę nic dziś nie zrobiłam. Moja mama ogarniała to wszystko razy trzy, a dziś z udogodnieniem nowoczesnych wózeczków, gotowych przekąsek, żłobków, przedszkoli i tym podobnych, wciąż nie jest lekko, a do tego dochodzi praca zawodowa. Jestem pełna podziwu dla kobiet, które robią to codziennie i znajdują na wszystko czas, ale teraz wiem skąd biorą na to wszystko energię i optymizm. Buziak od mojej Ninki, bezinteresownie w środku dnia i jej śliczny uśmiech są po prostu bezcenne… Dlatego właśnie zawód Matki jest najpiękniejszy na świecie.